UA-48403262-1

Jedenasta edycja Tattoofestu to już historia. Historia, którą piszemy wspólnie z naszymi gośćmi, artystami i wystawcami oraz miłośnikami tatuażu od ponad dekady. Historia, którą uwielbiam opowiadać, podobnie jak często pojawiające się w gronie bliskich, rodziny czy przyjaciół anegdoty. Historia, której bohaterowie to w przeważającej części dobrzy znajomi, na spotkanie z którymi czekam cały rok. Zdjęcia z wydarzenia przeglądam jak rodzinny album, nieraz uśmiechając się do rozpoznawanych twarzy.

Do tej pory festiwal przeszedł kilka mniejszych i większych zmian, jednak za prawdziwy kamień milowy uważam zmianę lokalizacji, do której doszło w ubiegłym roku. Jubileusz
zobowiązywał. Postawiliśmy nie tylko na zaproszenie większej liczby międzynarodowych
artystów, ale też włożyliśmy sporo wysiłku w to, by pracowali w bardziej komfortowych
warunkach. „EXPO Kraków”, nasz nowy dom, to także więcej przestrzeni dla zwiedzających i więcej możliwości przygotowania dla nich atrakcji. Choć nowy obiekt okazał się wymagający, opłacało się! Miejscówka idealnie pasuje do naszych potrzeb. Kierunek jaki obraliśmy, sprawdza się również w przypadku innych imprez, nowoczesne, bardziej sterylne
wnętrza coraz częściej goszczą naszą wytatuowaną familię. Przygotowania do samego wydarzenia, jak wielokrotnie wspominałam w relacjach, trwają około 10 miesięcy, ale pierwsze plany dotyczące ostatniej edycji pojawiły się już drugiego dnia zeszłorocznej. Wtedy otrzymaliśmy propozycję poszerzenia naszej dotychczasowej, wieloletniej współpracy z niemiecką firmą Cheyenne o wystawę, której do tej pory nie można było zobaczyć na
żadnej tatuatorskiej imprezie. Już w tamtym czasie tworzył się zarys „Cheyenne Live Tattoo Gallery”, jaka miała powstać dzięki zaangażowaniu Travelin’ Micka. Jego udział w projekcie, wiedza, doświadczenie oraz liczne i często dość rzadkie przedmioty gromadzone latami podczas podróży po całym świecie, będące świadectwem historii tatuażu, stanowiły gwarancję, że będzie to przedsięwzięcie nie tylko wyjątkowe, ale i doskonałe pod względem merytorycznym. Kiedy pomysł zaczął nabierać kształtów okazało się, że dopełnieniem galerii, ukazującej historię i znaczenie tatuażu w różnych kręgach kulturowych na świecie, często w społecznościach, których sposób funkcjonowania nie zmienił się od setek lat, będą artyści
specjalizujący się w różnych technikach ręcznego tatuowania. Z czasem na naszej liście pojawiło się więcej specjalnych gości. Davee, podczas imprezy zawsze bezkonkurencyjny
gospodarz, a przed nią jej promotor i ambasador w świecie (biorąc pod uwagę intensywność jego podróży, funkcję tą należy traktować dosłownie) już na początku tego roku sygnalizował, że wielu zaprzyjaźnionych z nim artystów z Azji jest zainteresowanych pojawieniem się w Krakowie. W efekcie odwiedziło nas czternastu tatuatorów z sześciu azjatyckich państw, w tym Mistrz Diau An z Tajwanu i Mistrz Sousyu Hayashi, który już
jako jeden z nielicznych na świecie zna oryginalną, japońską technikę ręcznego tatuowania Tebori. Impreza zapowiadała się wspaniale! Niezwykle miło było mi powitać w gronie naszych artystów Benjamina Laukisa z Australii, reprezentację niemieckiego „Pechschwarz Tätowierungen” z Laurą Yahną na czele, Samuela Potučeka wraz z chłopakami ze słowackiego „Wolf Town Tattoo Parlor”, długo wyczekiwaną w Polsce Freulein Fux, Nathana Evansa z USA, czy bardzo ciekawy duet z francuskiego „L’Imaginarium Tattoo”. Swój przyjazd potwierdzali artyści o zróżnicowanym stylu, wśród nich wielu utalentowanych, stałych bywalców, co gwarantowało niezwykle wysoki poziom imprezy i prawdziwą ucztę dla miłośników tatuażu. Bardzo się cieszę, że miałam szansę uczestniczyć w tegorocznym wydarzeniu i przywitać osobiście znaczną część naszych gości. Starałam się pełnić obowiązki
gospodyni, ale po części brałam udział w festiwalu również jako obserwator, co najważniejsze, w towarzystwie mojego trzytygodniowego synka. Resztę wartych poruszenia kwestii pozostawiam Krysi i uciekam na urlop.

PS. Choć zeszłoroczna edycja była tą jubileuszową, najbardziej sentymentalną i wzruszającą, dziś myślę, że każda kolejna również taka będzie – niezależnie od numeru jaki widnieje przed nazwą Tattoofest, ale ze względu na ludzi, atmosferę i sytuacje, które na długo zapadną
mi w pamięć. Dziękuję Ani, Kai i Kubie, których pomoc w przygotowaniu imprezy była absolutnie kluczowa.

Ola

Nie umniejszając znaczenia innych atrakcji przygotowanych dla publiczności, od lat moja uwaga skupiona jest głównie na konkursach, mających na celu wyłonienie najbardziej
spektakularnych prac. Powierzone mi zadanie, poza jego głównym celem, czyli stworzeniem relacji do magazynu, pozwala zapoznać się z panującymi w tatuażu trendami oraz wyłowić ciekawych artystów, których znajomość przydaje mi się w przyszłości. Tattoofest, choć jak na początku wspomniała Ola, na przestrzeni lat przechodził pewne transformacje, często
wykazuje się przywiązaniem do tradycji. Jedną z nich jest skład jury, w którym nieczęsto
zachodzą rewolucje. Podobnie jak w roku ubiegłym, tatuażom przyglądali się Dagmara Nawikas-Misiuk, Junior, Sławek Frączek i Szymon Gdowicz. Jedenaście konkursowych kategorii pełnych było wyrazów zachwytu, choć do całkowitego szczęścia zabrakło mi jeszcze kilku prac zapisanych do jednej z moich ulubionych kategorii „Modern Black Tattoo”. Za temat przewodni całej imprezy mogłabym uznać Salvadora Dalego, którego podobizny mnożyły się niezależnie od kategorii. Poza tym, dość zaskakująca była dla mnie ilość prac zaprezentowanych w powołanym do życia w zeszłym roku „Tatuażu surrealistycznym” (temat jakże bliski Salvadorowi). Okazało się, że zupełnie inaczej niż
ostatnio, całkiem liczna grupa artystów przypisała temu pojęciu swoją stylistykę i pokazała naprawdę ciekawe tatuaże. O ile zdjęcia nie najgorzej oddają wygląd prac, o tyle trudniej za ich pomocą opisać klimat panujący podczas każdego z czterech występów pięknych i wysportowanych dziewcząt z londyńskiej grupy „The Fuel Girls”, które z pewnością były główną atrakcją sceniczną tegorocznej edycji Tattoofestu. Od wielu lat z dużym zachwytem oglądaliśmy ich pokazy, jakie odbywały się na scenie London Tattoo Convention i innych. W końcu udało się zaprosić dziewczyny również do nas. Po ich pełnych energii i seksapilu występach, każda z pytanych o wrażenia osób, niezależnie od płci, wyrażała podziw dla ich umiejętności i wskazywała swoją faworytkę. Okazało się, że scena płonąć może również bez ognia! Fanów kobiecych wdzięków nie powinien zawieść też pokaz Sany, artystki, która odwiedza nas od kilku lat, zawsze prezentując nowy program. Tym razem połączyła zmysłowy taniec z elementami japońskiego Shibari, czyli wiązania liną. Gorąca atmosfera towarzyszyła także licytacji siedmiu, do złudzenia przypominających ludzkie, pomalowanych przez tatuatorów czaszek. Jej przebieg zaskoczył nas wszystkich! Akcja, w którą zaangażowało się tak wiele osób przyczyniła się do wsparcia walki kilkuletniej Poli z nowotworem oka. Tattoofest to wydarzenie, w które często pragną zaangażować się różne osoby spoza kręgu organizatorów, a my oczywiście otwarci jesteśmy na wszelkiego rodzaju propozycje. Jedną z takich inicjatyw podjął Maciej Michalak, miłośnik sztuki tworzonej przez tatuatorów nie tylko na ciele, znany naszym czytelnikom z wystawy, jaka odbyła się w Łodzi i miała na celu pokazanie talentów plastycznych tatuatorów na innym medium niż skóra. Maćka, poprzez prowadzony przez niego fanpejdż „Inkingz”, śmiało określić można popularyzatorem tatuażu artystycznego, ale najlepiej nazwać go prawdziwym pasjonatem, który nie szczędzi trudu by podzielić się z innymi swoimi zainteresowaniami. Tym razem przygotował wystawę imponującej kolekcji niesamowitych i niezwykle charakterystycznych obrazów Kuby Kujawy. Współpraca z ludźmi z pasją jest najlepszym, co nam się przydarza.
Do ich grona zaliczyć należy Przemka „Saskiego”, który od lat z niezmiennym zaangażowaniem wprowadza zainteresowanych w tajniki tatuatorskiego rzemiosła, umożliwiając im tatuowanie bananów. Nie inaczej było tym razem. Swoją drogą ciekawe, ile z osób, które w tym roku po raz pierwszy trzymały maszynkę w boksie Banana Ink zostanie w przyszłości profesjonalnymi tatuatorami? W końcu historia zna już takie przypadki. Poza „kuźnią talentów” u Saskiego, nie wyobrażamy już sobie Tattoofestu bez strefy dla dzieciaków, tak licznie wraz z rodzicami uczestniczących w naszym wydarzeniu. Ponadto obowiązkowa jest organizacja, a teraz możemy już również potwierdzić, rozbudowa zewnętrznej strefy chill z foodtruckami, piwkiem i napojami, a także nieodzownym Gaffiti Jam, które w tym roku wypadło rewelacyjnie! Dodatkową atrakcją strefy outdoorowej był koncert śląskiego „Yota V Yote”, który swoim bluesowo-reggae’owym brzmieniem świetnie wpisał się w piknikowy i pełen relaksu klimat panujący na zewnątrz hali. Nową inicjatywą była współpraca z Mateuszem Kaczanem, który odpowiadał za stworzenie strefy modowo-zakupowej. Inicjatywa jaka kryje się pod nazwą „Lokalni” bardzo przypadła nam do gustu, zwłaszcza, że sami staramy się jak najczęściej pokazywać naszym gościom Kraków, jego tradycje i symbole. Mamy nadzieję na większą współpracę z naszymi krakowskimi, lokalnymi sprzedawcami, designerami i twórcami w przyszłym roku, tymczasem już teraz zapraszamy Was na kolejną edycję Tattoofestu, jaka odbędzie się w dniach 3-4 czerwca 2017. Obiecujemy trzymać poziom!
Krysia… i Ola 😉

 

ARTYŚCI 2016

INNI WYSTAWCY 2016

WYNIKI KONKURSÓW TATUATORSKICH

GOŚCIE I ATRAKCJE 2016


PARTNERZY

 

EnglishPoland